Proszę państwa do gazu – streszczenie

Tadeusz Borowski · Literatura wojny i okupacji

Wstęp

Nie ma tu żadnego bohatera, który przeciwstawia się złu. Nie ma moralnej pociechy na końcu. Jest za to człowiek, który pomaga wypychać innych ludzi na śmierć, żeby samemu zjeść kanapkę z sardynkami i dostać porządne buty. Borowski napisał opowiadanie, które do dziś potrafi wytrącić czytelnika z równowagi, bo pokazuje obóz koncentracyjny nie od strony ofiar patrzących z zewnątrz, tylko od środka, oczami więźnia, który się w tym systemie jakoś urządził.

To jest chyba najbardziej niewygodny tekst z całej matury. Uczy się o obozach jako o czystym złu i czystej krzywdzie, a Borowski pokazuje coś dużo trudniejszego do przyjęcia: że w skrajnych warunkach granica między ofiarą a katem się rozmywa, że głód i strach potrafią wyłączyć empatię u każdego, i że przetrwanie czasem oznacza udział we własnym poniżeniu. Narrator opowiadania nie jest esesmanem. Jest więźniem z Kanady, komanda, które rozładowuje transporty, i sam siebie nazywa w pewnym momencie bydłem razem z Grekami, których przed chwilą pogardliwie osądzał.

Dla współczesnego czytelnika to tekst, który każe zadać sobie niewygodne pytanie: co ja bym zrobił na miejscu narratora. Borowski nie daje gotowej odpowiedzi i nie próbuje uspokoić sumienia. Właśnie dlatego to opowiadanie wraca na maturze rok po roku, mimo upływu dekad od wojny.

Codzienność za drutami: głód, handel i zawistna sprawiedliwość

Akcja rozgrywa się latem w obozie Auschwitz Birkenau. Cały obóz przechodzi właśnie odwszawianie, więźniowie chodzą nadzy, a upał jest nie do wytrzymania. Praca komand stanęła, ludzie leżą na deskach i pod ścianami, czekając końca dezynfekcji. Od kilku dni nie przychodzą żadne transporty, więc drogi prowadzące do krematoriów stoją puste, co narrator opisuje z chłodnym, niemal absurdalnym stwierdzeniem, że nawet zwykłej rozrywki brakuje.

Narrator należy do Kanady, uprzywilejowanego komanda, które zajmuje się rozładunkiem transportów i przez to ma dostęp do żywności, ubrań i kosztowności zabieranych ofiarom. Nazwa nawiązuje ironicznie do książki o bogatej Kanadzie pachnącej żywicą, tyle że tutaj bogactwo pochodzi z brylantów i pieniędzy zrabowanych ludziom jadącym na śmierć. Razem z francuskim więźniem Henrim narrator siedzi na pryczy, je chleb przywieziony jeszcze przez matkę z Warszawy, boczek, cebulę i skondensowane mleko, marząc o winie i handlując z esesmanami wodą mineralną za pieniądze, które dopiero mają wpaść w ich ręce z kolejnego transportu.

W tej samej scenie pojawia się rozmowa z marsylskim więźniem, komunistą i dawnym rentierem, o tym, kto ma prawo do jedzenia i dlaczego paczki z domu przysługują głównie Polakom. Pod nimi na dolnej pryczy modli się rabin, a marsylczyk komentuje religię jako opium dla ludu, choć sam chętnie by je zapalił. To krótka, gorzko zabawna scena, zaraz przerwana krzykiem: Kanada, do szeregu, transport przychodzi.

Rampa: mechanizm zagłady w pełnym świetle dnia

Więźniowie z Kanady biegną pod bramę, mijają obóz, sady i baraki i docierają na rampę kolejową, malowniczą polankę otoczoną drzewami, gdzie w zwykły letni dzień przyjeżdżają ciężarówki po deski, cement i ludzi. Esesmani ustawiają posterunki, wypijają wodę z manierek, jeden z nich handluje z Henrim wodą za pieniądze z jeszcze nieprzybyłego transportu.

Gdy pociąg wjeżdża na tor, z zakratowanych okien słychać krzyk o wodę i powietrze. Esesman każe strzelić serią z automatu w stronę wagonów, żeby uciszyć ludzi. Otwiera się wagony. Wysypuje się z nich tłum wyczerpanych, oszołodzonych upałem i podróżą ludzi ze Sosnowca i Będzina, obładowanych bagażami, które mają rzekomo rozpocząć ich nowe życie w obozie. Więźniowie z Kanady natychmiast odbierają im walizki, torebki, palta, esesman ustami pełnymi obłudnej uprzejmości prosi, żeby nie rozrzucali rzeczy i okazali trochę dobrej woli.

Narrator formułuje wprost zasadę rządzącą całą rampą: ludzi idących na śmierć oszukuje się do ostatniej chwili, bo to jedyna dopuszczalna tu forma litości. Nikt z przyjeżdżających nie wie, dokąd naprawdę jadą ciężarówki. Rozdziela się ich na dwie kolejki, na tych, którzy pójdą prosto do komór gazowych, i na młodych oraz zdrowych, którzy trafią do obozu, choć i tak, jak zaznacza narrator, gaz ich nie minie, tylko najpierw popracują. Kanadyjczycy odrywają dzieci od matek, rzucają na stos walizki pełne złota, zegarków i biżuterii, a esesman z teczką skrupulatnie liczy auta i notuje: piętnaście tysięcy w ciągu jednej nocy.

Wjeżdża karetka Czerwonego Krzyża, przewożąca w rzeczywistości cyklon B do komór. W jednym z wagonów narrator znajduje martwe niemowlęta wśród ludzkich odchodów i pogubionych zegarków. Gdy próbuje oddać je matkom, kobiety uciekają z przerażenia, aż esesman zaczyna sięgać po broń, bojąc się buntu. W końcu siwa starsza kobieta bierze niemowlęta ze słowami dziecko, dziecko i idzie z nimi w stronę ciężarówek.

Ludzie, których nie da się zapomnieć

Wśród setek postaci mijających rampę Borowski wyodrębnia kilka scen o wyjątkowej sile. Młoda matka próbuje uciec od własnego kilkuletniego dziecka, krzycząc, że to nie jej syn, byle tylko trafić do grupy idącej na obóz, a nie do komory. Rosyjski więzień Andriej łapie ją, bije i wrzuca razem z dzieckiem na ciężarówkę, nazywając zdrajczynią, a esesman chwali go za ukaranie wyrodnej matki.

Inna scena pokazuje jasnowłosą dziewczynę, która pyta narratora wprost, dokąd ich wiozą. On milczy, bo takie jest prawo obozu, a ona odpowiada z pogardą już wiem i sama wchodzi po schodkach na ciężarówkę. Narrator zapamiętuje jej zegarek na złotej bransoletce, bo taki sam miała jego dawna dziewczyna, Tuśka, co jest jednym z niewielu momentów, gdy przebija się przez niego prywatne wspomnienie sprzed obozu.

Pojawia się też starzec domagający się rozmowy z komendantem, dziewczynka bez nogi błagająca, że boli, oraz komendantka żeńskiego obozu, obserwująca z nienawiścią urodę kobiet, które za chwilę zginą. Każda z tych postaci trwa na scenie zaledwie kilka zdań, po czym znika w tłumie idącym do gazu, co samo w sobie jest częścią okrucieństwa tej machiny: nikt tu nie ma czasu na żałobę.

Załamanie narratora i rozmowa z Henrim

Po godzinach pracy przy wagonach narrator dotyka zwłok, wyciąga martwe niemowlęta z pociągu i w końcu nie wytrzymuje psychicznie. Wymiotuje pod wagonem, ucieka pod szyny i zwraca się do Henriego z pytaniem, czy oni w ogóle są jeszcze dobrymi ludźmi. Wyznaje, że czuje złość nie na system, tylko na samych przyjeżdżających, jakby to oni byli winni temu, że on musi tu stać i patrzeć.

Henri odpowiada spokojnie, że to normalna, wręcz przewidziana reakcja: człowieka wykańcza rampa, więc złość szuka ujścia na słabszych, na przykład na głodnych Grekach, którzy zjadają wszystko, co znajdą wśród porzuconych rzeczy. Ta rozmowa jest chyba najbardziej niewygodnym momentem całego opowiadania, bo zamiast oczyszczenia przynosi tylko trzeźwe uzasadnienie, dlaczego degradacja moralna w takim miejscu jest po prostu przewidywalna.

Druga noc i finał

Wieczorem przychodzi kolejny transport, tym razem w ciemności, oświetlonej tylko reflektorami samochodów. Powtarza się ten sam schemat: krzyk o wodę i powietrze, seria z automatu, otwarcie wagonów, w których leżą już tylko martwi, spleceni w konwulsjach ludzie. Narrator dotyka ręki trupa, która nagle zaciska się na jego dłoni, i ten moment całkowicie go łamie. Ucieka, wymiotuje, marzy tylko o powrocie na pryczę bez siennika, która nagle wydaje mu się synonimem spokoju.

Rano transport, który obóz będzie nazywał krótko Będzin Sosnowiec, już się pali w krematorium. Kanada wraca do obozu obładowana szynkami, kiełbasami, konfiturami i alkoholem zrabowanym z bagaży ofiar, a kapo wypełnia kocioł od herbaty złotem i jedwabiem, żeby przekupić wachmanów przy bramie. Przez kilka najbliższych dni cały obóz będzie żył z tego jednego transportu, jedząc jego jedzenie, nosząc jego bieliznę i handlując jego złotem.

Ostatni obraz opowiadania to kolumna esesmanów śpiewająca marszowo o tym, że jutro będzie należał do nich cały świat, mijana przez wracających z rampy więźniów, oraz czarny słup dymu z krematoriów, unoszący się nad Birkenau w stronę Trzebini. Nad wszystkim panuje bolesny spokój: świt zapowiada kolejny upalny, zwyczajny dzień obozu.

Główni bohaterowie, szybka ściągawka

  • Narrator, bezimienny więzień z komanda Kanada. Prawdopodobnie alter ego samego Borowskiego. Opowiada z pozycji kogoś, kto przystosował się do systemu obozowego na tyle, żeby przeżyć, ale płaci za to stopniową utratą wrażliwości i poczucia własnej wartości.
  • Henri, młody Francuz, doświadczony więzień Kanady. Cyniczny realista, który tłumaczy narratorowi mechanizmy przetrwania w obozie i sam już dawno oswoił się z widokiem transportów.
  • Marsylczyk, francuski więzień, były komunista i rentier. Prowadzi z narratorem rozmowy o sprawiedliwości, religii i przywilejach różnych grup narodowościowych w obozie.
  • Andriej, radziecki marynarz z Sewastopola. Uosabia całkowite znieczulenie moralne, gdy brutalnie wciąga na ciężarówkę matkę uciekającą od własnego dziecka.
  • Jasnowłosa dziewczyna, jedna z ofiar transportu. Symbol godności zachowanej nawet w obliczu pewnej śmierci, kontrastujący z chaosem i poniżeniem panującym na rampie.
  • Esesmani i komendantka FKL, przedstawiciele aparatu zagłady. Pokazani jako sprawni, opanowani biurokraci śmierci, dla których liczenie transportów jest zwykłą pracą biurową.

Zobacz również: