Zdążyć przed Panem Bogiem – streszczenie

Hanna Krall / Marek Edelman · Współczesność

Wstęp

Nie ma tu fabuły w klasycznym sensie. Nie ma narracji od punktu A do punktu B. Jest za to coś, co czyta się dziś jeszcze trudniej niż w 1977 roku, kiedy Hanna Krall po raz pierwszy opublikowała ten wywiad: rozmowa z człowiekiem, który nie chce być bohaterem, mimo że wszyscy dookoła bardzo chcą, żeby nim był.

Marek Edelman, ostatni żyjący członek dowództwa powstania w getcie warszawskim, opowiada Krall o kwietniu 1943 roku. Ale zamiast heroicznej opowieści o walce, dostajemy coś znacznie bardziej niewygodnego: sweter zdjęty zmarłemu, numerki decydujące, kto przeżyje, dziecko zasypane w piwnicy, bo inaczej zadusiłby się cały schron. Edelman ciągle poprawia dziennikarkę, kiedy ta próbuje uczynić z niego pomnik. Nie chce patosu. Nie chce, żeby ktokolwiek malował mu na czerwono skrzela, jak matka Anielewicza malowała ryby na sprzedaż.

Dla dzisiejszego maturzysty to książka, która zadaje pytanie ważniejsze niż jakiekolwiek pytanie o daty czy liczby: co to właściwie znaczy przeżyć, kiedy czterysta tysięcy ludzi koło ciebie nie przeżyło? Krall splata wojnę z powojenną pracą Edelmana jako kardiologa i pokazuje, że to wcale nie są dwie różne historie. To jedna historia o tym samym: jak wywalczyć komuś jeszcze trochę czasu, zanim przyjdzie po niego śmierć albo Pan Bóg.

Rozmowa o dziewiętnastym kwietnia

Reportaż zaczyna się od pytania o szczegóły: co Edelman miał na sobie tego dnia. Odpowiada rzeczowo, prawie obojętnie: sweter z angorskiej wełny zdjęty zmarłemu Żydowi, dwa skórzane pasy na krzyż, latarka, dwa rewolwery. Krall od razu zaznacza, że ten spokojny ton to nie przypadek. Edelman mówi tak, jak mówili wtedy wszyscy: bez patosu, bo patos był luksusem, na który nie było ich stać.

Dziewiętnastego kwietnia budzą go strzały, ale wstaje dopiero po południu, bo strzelają daleko i jest zimno. Razem z towarzyszami obserwuje pierwsze starcia na terenie getta fabryki szczotek. Kiedy pod wieczór trzej niemieccy oficerowie z białą chorągiewką proponują poddanie się w zamian za przewiezienie do obozu, powstańcy otwierają do nich ogień. Nie chodziło o to, żeby ich trafić (i nie trafili). Chodziło o to, żeby światu pokazać, że się strzela, bo strzelanie było jedynym językiem bohaterstwa, jaki ludzie na zewnątrz rozumieli.

Anielewicz zostaje komendantem

Krall pyta, dlaczego to akurat Mordechaj Anielewicz dowodził powstaniem. Odpowiedź Edelmana jest zaskakująco przyziemna: bo bardzo chciał nim być. Syn handlarki rybami z Solca, chłopak zdolny i oczytany, ale wcześniej nigdy nie widział prawdziwej akcji likwidacyjnej. Kiedy zobaczył, jak setki tysięcy ludzi idą na Umschlagplatz, coś w nim pękło. Od tamtej pory, mówi Edelman, Anielewicz w gruncie rzeczy wierzył w jakieś dziecinne zwycięstwo, choć publicznie mówił tylko o śmierci dla honoru.

Ósmego maja, w bunkrze na Miłej 18, Anielewicz strzela najpierw do swojej dziewczyny Miry, potem do siebie. Razem z nim ginie prawie cała grupa: Lutek Rotblat zabija matkę i siostrę, osiemdziesięcioro ludzi popełnia samobójstwo. Edelman opowiada o tym bez wzruszenia w głosie, ale zaraz dodaje, że jego oddział nigdy nie rozważał takiego rozwiązania. Nie poświęca się życia dla symboli, mówi. Nawet bardzo dobrych symboli.

Wybór sposobu umierania

Ten fragment tłumaczy, dlaczego w ogóle doszło do powstania, mimo że nikt nie wierzył w militarne zwycięstwo. Ludzkość umówiła się, mówi Edelman, że umieranie z bronią jest piękniejsze niż bez broni, więc ŻOB podporządkował się tej umowie. Chodziło wyłącznie o wybór sposobu umierania, nie o wygraną.

Pojawia się tu jeden z najbardziej znanych wątków książki: spór Edelmana z Adamem Czerniakowem, prezesem Judenratu, który popełnił samobójstwo w pierwszym dniu wielkiej akcji likwidacyjnej. Edelman i jego koledzy mają do niego żal, ale nie o to, że umarł, tylko że zrobił ze swojej śmierci sprawę prywatną, zamiast wezwać ludzi do walki na oczach świata. Umierać trzeba było publicznie, mówi, bo tylko publiczna śmierć miała szansę zostać zauważona po drugiej stronie muru.

Choroba głodowa: badania w getcie

Jeden z najbardziej niepokojących fragmentów reportażu to relacja z badań naukowych, jakie lekarze getta prowadzili nad głodem, korzystając z tego, że medycyna nigdy wcześniej nie miała tak obfitego materiału klinicznego. Krall cytuje fragmenty pracy "Choroba głodowa" opisującej trzy stopnie wychudzenia, spadek wagi ciała nawet do dwudziestu czterech kilogramów, zanik narządów wewnętrznych stwierdzany podczas sekcji zwłok.

W tym samym rozdziale pojawia się scena, która wraca potem jak refren: kobieta na Krochmalnej odgryzająca kawałek ciała swojego zmarłego z głodu dwunastoletniego syna. Ludzie patrzą na to w milczeniu. Edelman tłumaczy Krall, że to właśnie różnica między pięknym życiem a życiem nieestetycznym jest kluczem do zrozumienia, dlaczego dziewiętnasty kwietnia w ogóle się wydarzył: całe powstanie było, jego zdaniem, tęsknotą za pięknym umieraniem, w kontrze do brzydkiej, powolnej śmierci głodowej.

Umschlagplatz i numerki na życie

Przez sześć tygodni latem 1942 roku Edelman jako goniec szpitalny stoi przy bramie na Umschlagplatzu i wyprowadza stamtąd chorych, korzystając z jednej z niewielu przepustek, jakie miał ich szpital. Odprowadza w tym czasie czterysta tysięcy ludzi w stronę wagonów jadących do Treblinki. Opowiada Krall, jak Niemcy kolejno łudzili ludność gettem obietnicami przetrwania: najpierw numerkami życia, potem maszynami do szycia, w końcu chlebem, po który tysiące ludzi dobrowolnie ustawiały się w kolejce, nie wiedząc, że idą prosto do wagonów.

To tutaj pojawia się historia doktor Hellerowej, która musiała rozdzielić kilkanaście numerków ratujących życie i historia Frani, odsuwającej ręką własną matkę, żeby wejść do kolumny ocalonych. Edelman sam dostał wtedy numerek, wciągając do kolumny przyjaciółkę z bratem, przez co czterotysięczna nadwyżka ludzi została odesłana z powrotem na Umschlagplatz.

Wybuch powstania i ucieczka przez ogień

Kiedy Niemcy zaczynają podpalać getto, oddział Edelmana musi przebiec przez płonący teren fabryki szczotek do getta centralnego. Ginie wtedy Michał Klepfisz, osłaniający sobą niemiecki karabin maszynowy na strychu, za co pośmiertnie otrzymuje Krzyż Virtuti Militari. W drodze do wyłomu w murze na Franciszkańskiej Zygmunt, ojciec małej Elżuni ukrytej w klasztorze w Zamościu, strzela w reflektor oświetlający przejście, dzięki czemu grupa zdąża przeskoczyć na drugą stronę.

Dalej jest już tylko seria śmierci: sześciu chłopców zostaje w piwnicy zasypanej granatami, pięciu innych ginie na podwórku i zostaje pochowanych we wspólnym grobie, nad którym oddział cicho odśpiewuje pierwszą zwrotkę Międzynarodówki. Sam Edelman zostaje ranny w reflektorze przypadkowo, biegnie po dachach w czerwonym swetrze będącym doskonałym celem, ale nikt w niego nie trafia. Dziesiątego maja, po dwóch dniach ukrywania się w kanałach, grupa wychodzi na powierzchnię przy ulicy Prostej.

Serce jako pretekst: Edelman zostaje kardiologiem

Równolegle do wspomnień wojennych Krall prowadzi drugą opowieść, rozgrywającą się dekady później w warszawskiej klinice kardiologicznej. To tu Edelman pracuje jako lekarz, a autorka pokazuje, że jego powojenne zajęcie wcale nie jest ucieczką od getta, tylko jego dalszym ciągiem. Stojąc kiedyś pod palmą w szpitalnym korytarzu, Edelman uświadamia sobie, że jego zadanie jest dokładnie takie samo jak na Umschlagplatzu: wyciągnąć z tłumu skazanych na śmierć choć jednostkę.

Po wojnie Edelman długo nie może się pozbierać. Kładzie się do łóżka i śpi tygodniami, aż żona Ala zapisuje go na medycynę. Kiedy w końcu zaczyna się uczyć, koledzy rysują mu na ścianie budowę serca, bo sam nie potrafi się skupić. Przełom przychodzi podczas wykładu, gdy profesor mówi, że lekarz powinien z objawów potrafić złożyć obraz choroby jak łamigłówkę. To zdanie zostaje z Edelmanem na całe życie.

Operacje wbrew podręcznikom: Rudny, Bubnerowa, Rzewuski

Najbardziej dramatyczna nić powojenna dotyczy metody, jaką Edelman razem z Profesorem (postacią opartą na prawdziwym kardiochirurgu) opracowuje dla pacjentów z zawałem przedniej ściany serca, czyli chorobą uznawaną wtedy za nieuleczalną. Pomysł rodzi się z przypadkowej wątpliwości asystenta podczas jednej z operacji: co, gdyby krew tętniczą skierować do żył, zamiast czekać, aż serce się zatka?

Zanim dochodzi do pierwszego takiego zabiegu, umiera kolejno trzynaście czy czternaście osób z tym samym rozpoznaniem. Dopiero za czternastym razem Profesor mówi wreszcie: dobrze, spróbujemy. Krall opisuje kolejno operacje pana Rudnego (majstra od maszyn pasmanteryjnych), pani Bubnerowej (wytwórczyni długopisów, przekonanej, że pomódl się jej zmarły mąż) i pana Rzewuskiego, prezesa Automobilklubu, przy którym Profesor denerwuje się najbardziej, bo inteligenckie serca, jak mówi, źle znoszą operację. Za każdym razem Edelman czeka pod drzwiami gabinetu, blokując jedyne wyjście, żeby Profesor nie mógł się wycofać.

Spory o pamięć: liczby, sztandary, ryby

Ta część reportażu pokazuje, jak trudno jest opowiadać o Zagładzie tak, żeby nikogo nie zranić, a przy tym nie skłamać. Amerykański wywiad z Edelmanem wywołuje falę oburzenia: ludzie chcą, żeby powstańców było więcej niż dwustu dwudziestu, chcą sztandarów nad gettem, chcą, żeby to matka Anielewicza, a nie sam Anielewicz, farbowała ryby na czerwono, bo tak brzmi lepiej we francuskim przekładzie.

Edelman za każdym razem odpowiada tak samo: to bez znaczenia. Zgadza się w końcu na wszystkie poprawki, bo widzi, że nikomu nie zależy na faktach, tylko na wersji wydarzeń, która da się znieść. Krall pokazuje w tym miejscu mechanizm, który dotyczy nie tylko Edelmana: pamięć o Zagładzie jest ciągle na nowo dostosowywana do potrzeb tych, którzy o niej opowiadają, nie tych, którzy w niej zginęli.

Jurek Wilner i konspiracja po aryjskiej stronie

Osobny wątek poświęcony jest Jurkowi Wilnerowi, przedstawicielowi ŻOB po stronie aryjskiej, aresztowanemu przez gestapo na początku marca 1943 roku. Torturowany przez kilka tygodni, nie wydaje nikogo, choć zna dziesiątki adresów. Ucieka w niewytłumaczalny sposób z transportu roboczego, zostaje wyleczony przez przyjaciela Henryka Grabowskiego, pseudonim Słoniniarz, ale wraca do getta, mimo że mógłby zostać ukryty na wsi aż do końca wojny.

Krall przywołuje też postać mecenasa Henryka Wolińskiego, pseudonim Wacław, łącznika między ŻOB a Armią Krajową, oraz zakonnicę z klasztoru dominikanek pod Wilnem, u której Wilner zostawił zeszyt z własnymi wierszami. Ósmego maja to właśnie on daje sygnał do zbiorowego samobójstwa w bunkrze na Miłej 18.

Wyjście kanałami i dalsze życie

Dziesiątego maja garstka ocalałych, w tym Edelman, wychodzi kanałami na powierzchnię przy Prostej. Reportaż śledzi potem, co dzieje się z bohaterami po wojnie: pan Rudny wraca do pracy przy maszynach włókienniczych i uczy się nie denerwować brakiem części, pani Bubnerowa likwiduje swój nielegalny warsztat z długopisami, Edelman kończy medycynę i zostaje kardiologiem w Łodzi.

Wraca też pytanie, które zadaje mu żołnierz wyzwalający Łódź: skoro jesteś Żydem, to jak to się stało, że żyjesz? Pytanie brzmi jak oskarżenie, a Edelman nigdy naprawdę na nie nie odpowiada wprost, tylko opowiada kolejne historie o przypadku: o esesmanie z niedokorygowanym astygmatyzmem, który strzelał do niego kilkanaście razy i nie trafił, o Mietku Dąbie, który akurat wracał z pracy do domu i zdążył go ściągnąć z wozu jadącego na Umschlagplatz.

Dlaczego żyje

Książka kończy się właściwie tym samym pytaniem, od którego zaczęła, tylko zadanym wprost. Edelman łączy wojnę z medycyną w jedno zdanie: kiedy się dobrze zna śmierć, ma się większą odpowiedzialność za życie. Odroczenie wyroku o osiem, dziesięć, piętnaście lat nie jest niczym małym, mówi, bo w tym czasie ktoś zdąży się jeszcze zakochać albo urodzić dziecko.

Ostatnie zdania reportażu wracają do liczby, która przewija się przez całą książkę: jeden do czterystu tysięcy. Tylu ludzi Edelman odprowadził na Umschlagplatz, a sam przeżył. Proporcja właściwie śmieszna, przyznaje narratorka, ale dodaje zaraz, że dla każdego człowieka jego własne życie to całe sto procent, więc może to jednak ma sens.

Główni bohaterowie

  • Marek Edelman: narrator i główny bohater, jeden z pięciu dowódców powstania w getcie warszawskim, po wojnie kardiolog. Unika patosu, poprawia dziennikarkę za każdym razem, gdy ta próbuje uczynić z niego pomnik.
  • Hanna Krall: autorka i rozmówczyni, prowadzi wywiad tak, żeby wydobyć z Edelmana konkret zamiast frazesu, sama w tekście podważa jego kolejne opowieści.
  • Mordechaj Anielewicz: komendant powstania, syn handlarki rybami z Solca, po zobaczeniu masowych wywózek traci wewnętrzną równowagę, ginie śmiercią samobójczą w bunkrze na Miłej 18.
  • Jurek Wilner: łącznik ŻOB po aryjskiej stronie, torturowany przez gestapo, nie zdradza nikogo, wraca do getta mimo szansy na ukrycie, daje sygnał do zbiorowego samobójstwa.
  • Profesor: kardiochirurg, oparty na postaci Zbigniewa Religi, decyduje się na ryzykowne operacje serca dopiero po wielu latach namawiania przez Edelmana.
  • Zygmunt: żołnierz ŻOB, ojciec Elżuni ukrytej w klasztorze, ratuje oddział strzelając w reflektor, ginie w getcie.
  • Henryk Grabowski (Słoniniarz): łącznik po aryjskiej stronie, ratuje Wilnera z obozu pracy, dostarcza broń i truciznę dla ŻOB.

Co najważniejsze trzeba zapamiętać

  • Reportaż nie ma linearnej fabuły: łączy wspomnienia z getta z powojenną pracą Edelmana jako kardiologa, pokazując, że obie historie dotyczą tego samego zadania: walki o czyjeś życie wbrew przeznaczonej mu śmierci.
  • Powstanie w getcie nie miało szans militarnych. Naprawdę chodziło o wybór sposobu umierania: godną, publiczną śmierć zamiast biernego wyjazdu do Treblinki.
  • Tytułowe "Zdążyć przed Panem Bogiem" odnosi się do odraczania wyroku śmierci, czy to na Umschlagplatzu, czy na stole operacyjnym, o kilka, kilkanaście lat, co Edelman uznaje za sens swojej pracy.
  • Krall stawia pytanie o granice pamięci: jak opowiadać o Zagładzie bez fałszowania jej pod wygodniejszą, bardziej strawną wersję, której oczekują słuchacze.
  • Liczba jeden do czterystu tysięcy wraca w tekście kilka razy. Pokazuje, jak niewspółmierne jest ocalenie wobec skali zagłady, a mimo to jedno ocalone życie się liczy.
  • Reportaż unika patosu celowo: Edelman systematycznie odrzuca próby uczynienia z niego bohatera, co samo w sobie jest komentarzem do tego, jak społeczeństwo lubi upraszczać historię.

Zobacz również: