Grób Agamemnona – streszczenie

Juliusz Słowacki · Romantyzm

Wstęp

Wyobraź sobie, że jedziesz na wycieczkę życia, do Grecji, w miejsce, gdzie kiedyś rządzili legendarni królowie znani z mitów i z Iliady. Wchodzisz do starego grobowca i zamiast zachwytu nad zabytkiem czujesz coś zupełnie innego: wstyd za własny kraj. Dokładnie to przydarzyło się Słowackiemu, kiedy w 1836 roku, w drodze do Ziemi Świętej, zatrzymał się w Mykenach i wszedł do grobowca przypisywanego Agamemnonowi.

„Grób Agamemnona” to jeden z tych wierszy, które na pierwszy rzut oka wyglądają jak zwykły opis zwiedzania ruin, a kończą się jako jedna z najostrzejszych rozliczeniowych mów w całej polskiej literaturze. Słowacki zaczyna od nastrojowego, niemal turystycznego opisu grobowca, żeby po kilkudziesięciu wersach przejść do ataku na własny naród: na sarmackie przyzwyczajenia, na próżność, na brak gotowości do realnego czynu.

Dla dzisiejszego maturzysty ten wiersz jest ważny z dwóch powodów. Po pierwsze pokazuje, jak poeta romantyczny potrafił połączyć osobiste przeżycie z podróży w wielką refleksję polityczną. Po drugie wraca w każdym omówieniu tematu rozrachunku z narodem, obok „Kordiana” tego samego autora czy późniejszych fragmentów Mickiewicza. Warto przeczytać go dwa razy: raz jako opis miejsca, drugi raz jako manifest.

Wejście do grobu i cisza przeszłości

Wiersz otwiera obraz podmiotu lirycznego, który wchodzi do podziemnej kopuły grobowca Atrydów, rodu królewskiego splamionego, jak mówi tekst, krwią. Nastrój jest posępny i senny: serce poety „zasnęło, lecz śni”. Wokół panuje cisza, którą przerywa tylko wyobrażony, prawie nierealny dźwięk złotej harfy, echo dawnej muzyki i głosu Elektry, córki Agamemnona.

W kolejnych strofach przestrzeń grobowca ożywa dzięki drobnym, niemal niezauważalnym zjawiskom przyrody. Wiatr wzdycha w szczelinach skalnych, pajęczyna Arachne drży pod jego podmuchami, a nasiona kwiatów fruwają w ruinach jak duchy. Świerszcze skryte między kamieniami wydają dźwięk, który poeta odczytuje jako nakaz milczenia, ale zaraz nazywa go też „pieśnią ciszy”. To właśnie ta cisza staje się dla niego znakiem, że sam jest równie mały i pokorny jak popioły dawnych królów: przyznaje, że jego małość nie wstydzi go już tak, jak wstydziłaby dawniej, bo w obliczu grobu ambicje tracą sens.

Złamana struna i pragnienie ucieczki

Nad wejściem do grobowca rośnie mały dąb, zasadzony przez ptaki. Poeta zrywa z niego liść i wtedy przez szparę wpada promień słońca, który w pierwszej chwili bierze za strunę harfy Homera. Próbuje ją uchwycić, żeby wydobyć z niej dźwięk, łzy i gniew nad pustką grobów, lecz struna, czyli w istocie tylko smuga światła, pęka bezgłośnie w jego dłoni.

Ten moment jest zwrotny. Poeta uświadamia sobie, jaki jest jego los: siadać na grobowcach, szukać drobnych, kruchych smutków, mieć nieme instrumenty i głuchych słuchaczy, albo w ogóle umarłych. Taka egzystencja napełnia go wstrętem. Woła więc: „Na koń! chcę słońca i wichru, tętentu!” i dosłownie zrywa się do galopu, uciekając od melancholijnej zadumy w stronę ruchu i żywiołu.

Galop przez pobojowiska: Termopile i Cheroneja

Konna ucieczka prowadzi poetę przez suche koryto potoku, wśród różowego wawrzynu, w stronę miejsc naznaczonych wielką historią. Zapowiada, że jeśli koń natrafi na grób bohaterów, ma prawo się zatrzymać albo nawet upaść. Pojawia się pytanie o Termopile, wąwóz, w którym garstka Spartanów pod wodzą Leonidasa zginęła, broniąc Grecji przed inwazją perską, oraz o Cheroneję, miejsce klęski greckich miast w starciu z Macedonią.

Poeta przyznaje wprost, że nie odważy się zatrzymać konia na Termopilach. Czuje, że pochodzi z kraju, w którym nadzieja jest już tylko snem dla ludzi małej wiary, z kraju „smutnego ilotów”, gdzie po każdej klęsce zostaje tylko „pół rycerzy żywych”, bo reszta ginie albo poddaje się bez walki aż do końca. Wyobraża sobie, co odpowiedziałby duchom spartańskich wojowników, gdyby zapytali go, ilu ich było w chwili próby, i przyznaje, że wstyd spaliłby serce każdego Polaka. Na Termopilach leży nagi trup Leonidasa, bez złotego pasa i bez polskiego kontusza, a mimo to ma w sobie piękno prawdziwej, marmurowej duszy. To zestawienie greckiego bohaterstwa z polską rzeczywistością otwiera drogę do właściwego ataku, który nastąpi w dalszej części wiersza.

Rozrachunek z Polską

Tu następuje najbardziej znany fragment utworu, bezpośrednie wołanie do ojczyzny. Poeta oskarża Polskę o to, że więzi „anielską duszę” w „czerepie rubasznym”, czyli w prostackim, sarmackim sposobie bycia, dopóki kat będzie mógł bezkarnie krzywdzić jej ciało, a miecz zemsty nie będzie straszny nikomu. Porównuje sarmackie przyzwyczajenia do zatrutej koszuli Dejaniry: pozornie niewinnego stroju, który w rzeczywistości pali i zabija tego, kto go nosi.

Wzywa Polskę, by zrzuciła te „płachty ohydne” i powstała naga, wykąpana w wodach Styksu, twarda jak stal, nieśmiertelna, budząca lęk u innych narodów swoją siłą. Zarzuca jej, że była kiedyś „pawiem narodów i papugą”, czyli krajem próżnym i pozującym na wielkość bez pokrycia w czynach, a teraz stała się „służebnicą cudzą”, poddaną innym. Sam siebie nazywa synem tego kraju, porównuje się do Prometeusza, którego sęp wyjada nie serce, lecz mózg, bo to nie brak uczuć, tylko głupota i krótkowzroczność są prawdziwą karą narodu. Zapowiada, że jego bunt sięgnie do samych wnętrzności ojczyzny.

Zakończenie: przekleństwo, które nie może paść

Finał wiersza jest gorzki i pełen paradoksu. Poeta każe Polsce krzyknąć z bólu i przekląć własnego syna, czyli jego samego, za te słowa. Zaraz jednak dodaje, że ręka wyciągnięta do przekleństwa sama zwinie się i uschnie, a czarne demony rozniosą ją w proch, ponieważ niewolnica, czyli zniewolony naród, nie ma nawet prawa do przeklinania. To ostatnie zdanie zamyka logikę utworu: kraj pozbawiony wolności traci nawet prawo do obrony własnej godności, dopóki się nie odrodzi.

Co najważniejsze do zapamiętania

  • Wiersz powstał w 1836 roku w ramach cyklu „Podróż do Ziemi Świętej z Neapolu”, spisanego podczas pielgrzymki Słowackiego do Grecji i Palestyny, kilka lat po klęsce powstania listopadowego.
  • Grobowiec Agamemnona w Mykenach jest punktem wyjścia do refleksji o przeszłości, pamięci i przemijaniu, a zarazem tłem, na którym poeta zestawia wielkość antycznej Grecji z kondycją współczesnej mu Polski.
  • Cały wiersz opiera się na kontraście między greckim bohaterstwem spod Termopil, czyli nagim, prawdziwym ciałem Leonidasa, a polskim sarmatyzmem kojarzonym z pustym przepychem kontusza i pozorami.
  • Motyw sarmatyzmu jako choroby narodowej: Polska trzyma szlachetną duszę uwięzioną w prostackim, samozadowolonym stylu życia, co czyni ją bezbronną wobec zaborców.
  • Symbol koszuli Dejaniry odnosi się do tradycji sarmackiej, która z pozoru chroni, a w rzeczywistości zżera naród od środka, podobnie jak zatruta szata zabiła Heraklesa.
  • Motyw Prometeusza pokazuje poetę jako kogoś, kto cierpi za prawdę, jaką mówi swojemu narodowi, a sam wiersz sugeruje, że winą Polski jest nie brak serca, lecz brak rozumu i czujności.
  • Wezwanie do odrodzenia w postaci nagiego, żelaznego posągu to jeden z najsilniejszych obrazów w polskiej poezji romantycznej dotyczących odbudowy narodowej godności po klęsce.
  • Zakończenie z przekleństwem, które więdnie w geście, zanim zdąży paść, streszcza całą tezę wiersza: naród w niewoli traci nawet prawo do gniewu na samego siebie, dopóki nie odzyska wolności.
  • To lektura często przywoływana razem z „Kordianem” Słowackiego przy temacie rozrachunku pokoleniowego i krytyki sarmatyzmu w literaturze romantycznej.

Zobacz również: